Jan III Sobieski z wizytą w ZSB-E

Tytuł jak z  gazety FAKT,  jednak niemożliwe stało się możliwe. Jeśli zapytacie jak, odpowiedź jest prosta: znajomość fizyki na poziomie matury (wystarczy poziom podstawowy) i odrobina magii (w każdej szkole znajdzie się przecież paru zdolnych magików) i zjawił się z zaświatów Jan III Sobieski we własnej osobie.
Wszystko to z okazji obchodów Dnia Patrona w naszej szkole. Szanowny gość był trochę zaskoczony tą nagłą podróżą w czasie, ale szybko dostosował się do realiów. W planie pobytu Jego Królewskiej Wysokości zaplanowano spotkania na lekcjach historii z młodzieżą naszej szkoły. Pierwsze już się odbyły, kolejne odbędą się wkrótce. Dlatego szanowni uczniowie do spotkania z królem i patronem przygotujcie się należycie. Kilka cennych rad i zasad savoir-vivre’u :
– Zwracać się z szacunkiem  zawsze tytułując Wasza królewska Mość,
– Nie pytać, gdzie nabył to hipsterskie wdzianko (król ubrany jest w staropolski strój , którego górna część nazywa się kontuszem, czasami zakłada też żupan),
– Nie sugerować, iż jest bardo podobny do jednego z uczniów naszej szkoły, gdyż wszelkie podobieństwa mają charakter przypadkowy i niezamierzony,
– Wreszcie nie chwalić się przed królem znajomością łaciny, bo nie o taki rodzaj łaciny JKM chodzi i nie taką łacinę zna.
Na pierwszym spotkaniu z klasą II c  Technikum król opowiadał, jak wyglądała edukacja w szkole za jego czasów. „Dziewczynki edukowano w domu, w XVII w. bowiem nie istniały nawet szkoły zakonne dla dziewcząt. Uczono głównie robót domowych, haftu, muzyki, czasem zamożniejsze szlachcianki i córki magnatów uczono też pisania i czytania, czasem języków obcych. Chłopcy byli kształceni w miarę możliwości rodziców, jak najlepiej. Początkowo uczyli się w szkole parafialnej lub w domu. Kolejnym etapem edukacji było kolegium jezuickie lub pijarskie. Uczono przede wszystkim biegłego posługiwania się łaciną, bez czego szlachcic nie mógł brać udziału w życiu publicznym. W kolegiach wiele czasu poświęcano na gry i doskonalenie trzech umiejętności: jazdy konnej, „robienia szablą” czyli fechtunku i strzelania. Młodzież miała wiele ruchu na świeżym powietrzu. Po ukończeniu kolegium, zwykle w wieku 16-17 lat, w zależności od kondycji finansowej, młody człowiek udawał się w podróż zagraniczną, na dwór magnacki lub królewski, ewentualnie do wojska. Ja sam odbyłem dwuipółetnią podróż z bratem Markiem po Europie. Zwiedziłem Niemcy, Niderlandy (dzisiejsze tereny Holandii i Belgii) oraz dogłębnie Francję. Nauczanie w naszych czasach było wspierane sadzaniem w oślej ławce, karami cielesnymi, biciem placentą, rózgą, dyscypliną lub kańczugiem. Trzeba przyznać, że narzędzie dobierano w zależności od wieku winowajcy. Popularne były stosowne przysłowia „nie kocha dziecięcia, kto rózgi oszczędza”, „kogo rodzice rózgą nie karzą, tego kat mieczem pokarze”. W szkole oprócz kar cielesnych stosowano swego rodzaju pułapki. Mówienie po polsku było zakazane. Winowajca nosił tabliczkę z literami NL (nota lingua). Sprytniejsi pozbywali się jej za pomocą pytania: Quo modo hoc exlicatur poloniae ? (Jak to powiedzieć po polsku?)”
Opowieść króla wzbudziła wśród uczniów żywe emocje i była długo komentowana. Nasz nauczyciel historii tak się rozemocjonował, że zaproponował, by plencety, rózeczki i kańczugi wpisać do statutu szkoły jako niezbędne pomoce dydaktyczne, jednak ta propozycja nie wzbudziła entuzjazmu. Na koniec król pochwalił chłopców choć stwierdził, „…że niektórzy nazbyt krotochwilni i rozbisurmanieni tak, iż należytego respektu dla starszeństwa i powagi majestatu nie czują”.
Źródło: Zespół Szkół Budowlano-Elektrycznych

Komentarze

odpowiedzi

Dodaj komentarz





*

Copyright 2012 Naszaswidnica.pl